czwartek, 14 listopada 2013

Tarta krucha na słono.

Dzisiaj naszła mnie ochota na tartę, która jest bardzo popularną potrawą kuchni francuskiej. Tarta kojarzy nam się z deserem, soczystymi gruszkami i jabłkami, konfiturami i słodkimi budyniami. Tarta, podobnie jak pizza, może być traktowana jako 'czyszczenie lodówki' - można dodać każdy składnik, oczywiście przygotowując odpowiednie ciasto: słone lub słodkie. można również z nią pofolgować eksperymentalnie.  Mój przepis będzie takim eksperymentem, jak również ucieczką od słodkości - będzie z jajkami, brokułami i suszonymi pomidorami. Zapraszam!

Składniki na ciasto:
- 250 g mąki

- 150 g masła
- łyżeczka soli
- 1 jajko

Dodatki:
- kilka różyczek gotowanego brokuła
- 5 jajek
- garść suszonych pomidorów
- garść płatków suszonej cebuli
- sól, pieprz do smaku (dodałam jeszcze nitki chilli)

Temperatura i czas pieczenia: 190/180 stopni ; około 30 minut + ścięcie się jajek

Mąkę przesiewamy, robimy wgłębienie. Dodajemy pokrojone masło, sól i jajko. Zagniatamy ciasto (niezbyt długo, ciasto kruche nie lubi długiego wyrabiania) i sformowaną kulkę owijamy w folię i wkładamy do lodówki na godzinę. Po tym czasie podsypujemy blat/stolnicę mąką i wałkujemy ciasto, by było większe od naszej formy. Przenosimy ciasto na wałku do formy i odpowiednio formujemy/przycinamy końcówki by pasowało ciasto formie. Następnie dziurkujemy ciasto widelcem, owijamy ciasto wraz z formą folią aluminiową/papierem do pieczenia, wysypujemy grochem owinięte ciasto i wstawiamy do lodówki na 30 minut by schłodziło się i zesztywniało. Nagrzewamy piekarnik na 190 stopni i piec przez 28 minut (można obciążyć na pierwsze 15 minut pieczenia ciasto) na lekko złotawy kolor. Dodajemy jajka, brokuły, pomidory, cebulę i przyprawy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni. Wyjmujemy, gdy widzimy, że jajka się ścięły :)
Smacznego!

wtorek, 12 listopada 2013

Croissanty.

Ciasto francuskie, mimo że można zakupić w każdym lepszym sklepie spożywczym, wypada zrobić chociaż raz samemu, by sprawdzić na czym polega jego sztuka. Wiadomo, że własnoręcznie robione będzie o niebo lepsze, ale niestety coś za coś - pomimo małego zaangażowania manualnego, długo musi leżakować. Delikatne, maślane, rozpływające się w ustach cudo nadaje się do wszystkiego - do tart, minitart, na słodko, słono. Dzisiaj oferuję Wam tradycyjne Croissanty. Według niektórych przekazów, croissanty wynaleziono na krótko po zakończeniu oblężenia Wiednia w 1683r. Podobno to polski szlachcic, szpieg i dyplomata Jerzy Franciszek Kulczycki, właściciel kawiarni "Zur blauben Flasche", namówił właściciela pobliskiej piekarni, Petera Wendela, by zaczął wypiekać bułeczki w kształcie półksiężyca, aby upamiętnić zwycięstwo nad tureckimi wojskami. Warto też wiedzieć, że Kulczycki wynalazł w 1683r. Caffe Latte. Otwierając swój 'Kafehauz' miał złoża wyśmienitej kawy po Turkach, których nie mieli jak spożytkować w Wiedniu. Dla Turków gotowana w rondelku, mocna, aromatyczna kawa była wyśmienita, ale nie dla Austriaków. Jerzy Kulczucki wpadł na pomysł dodania do mocnego naparu mleka i cukru. I to podbiło serca bywalców salonowych. 
Wracając do croissantów, polecam przeznaczyć na to cały dzień. Jak wspomniałam, trzeba przeznaczyć dużo czasu na chłodzenie ciasta. Przepis, według mnie nie jest trudny. Jedyny mankament to długi czas oczekiwania.

Składniki suche:
- 20 g świeżych drożdży
- 250 g mąki + do posypania
- 15 g cukru
- szczypta soli

Składniki mokre:
- 100 ml mleka w temperaturze pokojowej
- 1 jajko
- 180 g masła

Temperatura i czas pieczenia: 180 stopni ; 20-30 minut

Do miski wsypujemy mąkę, sól, cukier, dodajemy jajko, mleko i pokrojone w kawałki drożdże oraz 30 g masła. Wyrabiamy ciasto dopóki nie będzie odchodzić od ręki i zostawiamy na 30 minut do wyrośnięcia pod ściereczką. Gdy ciasto rośnie, bierzemy resztę masła, zawijamy w folię spożywczą i wałkujemy na  grubość 1 cm. Po wywałkowaniu wkładamy do lodówki na 20 minut.
Gdy ciasto wyrosło, posypujemy blat mąką i kładziemy je od razu wałkując (wcześniej nie wygniatając już) na formę 2 razy większą od naszego masła z lodówki. Na rozwałkowane ciasto kładziemy masło i zaginamy resztę ciasta na masło, dokładnie sklejając boki, by masło było w cieście. Odwracamy ciasto z masłem, sklejonymi bokami do dołu, i wałkujemy na prostokąt grubości 1 cm. Zawijamy ciasto jak kopertę (jeden koniec do linii środkowej ciasta a drugi koniec na resztę ciasta), delikatnie dogniatamy wałkiem, zawijamy w folię i na desce wkładamy do lodówki na 30 minut. Po tym czasie powtarzamy czynność: podsypujemy, rozwałkowujemy na prostokąt 1 cm, zawijamy w folię, dociskamy walkiem i ponownie do lodówki na 30 minut.
Jak zauważyliście, mamy już czas oczekiwania na ciasto ponad 90 minut. A to dopiero początek.
Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować na prostokąt 7-8 mm. Wyciąć trójkąty równoramienne. Można lekko podstawę naciąć i naciągnąć by rogaliki były szersze. Zostawić na 5 minut. Zawinąć rogaliki i posmarować je wodą by nie obeschły i pozostawić je na 20 minut. Następnie rogaliki posmarować mlekiem, dla uzyskania ładnego koloru po pieczeniu. Wstawiamy do piekarnika i oczekujemy na ucztę dla naszych kubków smakowych.

Croissanty idealne są na śniadania. Do gorącej kawki, z dżemem lub twarożkiem wspaniale rozpoczynają dzień i poprawiają humor :) A świeżo z pieca, gorące, pięknie pachną!
Smacznego!
P.S. Róbcie większe odstępy na blachach, mi się posklejały ;P


środa, 23 października 2013

Muffinowa pizza.

Wczoraj wpadłam na dość nietypowy pomysł na pizzę. Z racji, ze muffinki każdy lubi, rozmyślałam, jakby tu połączyć oba dania. Myślę, że chyba mi się udało. Na efekty zapraszam!

Składniki suche:
- 500 g mąki pszennej

- 2 łyżeczki cukru
- oregano do ciasta (opcjonalnie)
- 1,5 łyżeczki soli
- 25 g drożdży świeżych

Składniki mokre:
- 300 ml ciepłej wody
- 2 łyżeczki oliwy + do wysmarowania formy

Dodatki: (wsadzacie to, co chcecie, tylko ser musi być zawsze)
- 12 słupków sera
- pieczarki
- sos pomidorowy

Temperatura i czas:
- 200 *C ; 20-25 minut

W dużym pojemniku do ciepłej wody dodajemy cukier, drożdże i 4 łyżki mąki. Odstawiamy na 15 minut przykrywając folią. Do mąki dodajemy oregano i sól. Gdy nasza zawiesina dojdzie do siebie, przelewamy ją do mąki z oregano i zagniatamy ciasto. Pod koniec zagniatania wlewamy 2 łyżeczki oliwy i ponownie zagniatamy, by oliwa dostała się wszędzie. Ciasto odstawiamy do wyrośnięcia na 30 minut pod ściereczką i w ciepłe miejsce. (Warto teraz włączyć piekarnik) Gdy nasze ciasto rośnie smarujemy formę do muffinek oliwą/olejem i kroimy nasze dodatki. (jak powiedziałam, ser musi być, a reszta od Was zależy) Gdy ciasto wyrośnie, rozwałkowujemy je na prostokąt. smarujemy sosem pomidorowym, układamy dodatki. Następnie układamy parę kawałków sera (sami oceńcie jak będziecie rozcinać potem ciasto) w jednej linii, równolegle do boku przy którym go układamy, zawijamy i odcinamy. Potem rozcinamy ciasto by każdy kawałek sera był w oddzielnym muffinie i układamy do formy po ówczesnym dopasowaniu (ja starałam się ukształtować ciasto z serem na kulkę, by jak najmniej sera wypłynęło, ale czasami się po prostu nie dało no i powypływał ser). Powtarzamy czynność do wykorzystania się ciasta i wstawiamy do piekarnika. 
Myślę, że to nie tylko wspaniała przekąska do szkoły lub do pracy, ale również ciekawy pomysł na podanie pizzy na imprezie. W domowym zaciszu także się sprawdza w 100%.
Smacznego!

poniedziałek, 21 października 2013

Kotleciki orkiszowe (nieco oszukane)

Byłam ostatnio w Rossmanie. Tam mają taki fajny dział z biożywnością. Od razu uprzedzam, że to, co tutaj dziś zaprezentuję, jest z gotowej mieszanki orkiszowej, zakupionej w ww. sklepie. Potrzebowałam czegoś na szybko i dobrego, także myślę, że to rozwiązanie sprawdziło się w 100%. Do  mieszanki dodałam  również trochę warzyw dla urozmaicenia smaku :) Zaczynamy!

Składniki:
- opakowanie mieszanki orkiszowej na kotlety (dostępne w Rossmanie)

- średnia cebula
- marchewka
- płatki migdałowe
- pieprz do smaku (mieszanka była solona podczas produkcji)
- olej do smażenia

Mieszankę przygotowujemy wg instrukcji na opakowaniu. Podczas gdy odstawiamy ją na 10 minut, kroimy cebulę i trzemy marchew na tarce i podsmażamy lekko oba składniki wraz z płatkami. Następnie dodajemy to do ciasta na kotlety. Rozgrzewamy patelnię, olej i smażymy :)
Idealnie się sprawdzają jako zamiennik obiadowych kotletów, jak również kotlety hamburgerowe czy przekąska wraz z sałatką.
Według mnie jest to szybkie i smaczne rozwiązanie na brak czasu w kuchni :)
Smacznego!

czwartek, 10 października 2013

O Herbacie słów parę.

Jak świat długi i szeroki, tak duży jest urodzaj herbat. Na pewno każdy znajdzie dla siebie jakąś ulubioną, jeżeli oczywiście jeszcze nie odnalazł swojego smaku. Jednak każda herbata ma inne właściwości, przeciwwskazania oraz inaczej się je parzy. Herbata stoi u mnie na drugim miejscu (oczywiście po kawie) ulubionych napoi. Jej urodzaj jest powalający, jak i również jej różnorodność smakowa. I właśnie to będzie tematem mojego dzisiejszego artykułu. Ale, od początku...
Liście Camelii Sinensis są używane do produkcji herbat. Zawierają one dużo różnych związków biologicznie czynnych tj. garbniki, alkaloidy, flawonoidy, aminokwasy, śladowe ilości wapnia, magnezu, żelaza, manganu, miedzi, selenu i cynku, oraz witaminę E. Nie ważne jaki typ herbaty - żółta, zielona, czarna, biała czy czerwona, do ich otrzymania używa się jednej i tej samej rośliny. Czarna powstaje w wyniku pełnej fermentacji liści krzewów herbacianych, stąd jej intensywny aromat, smak i ciemna barwa. Czerwona i żółta są półfermentowane. W zielonej i białej liście się jedynie suszy.

Jak wyżej wspomniałam, istnieją 'kolorowe' herbaty. Zacznijmy od najjaśniejszej:
Biała, inaczej zwana 'eliksirem młodości', ma jasną, słomkową barwę. Ma delikatny smak i aromat. Niektóre z nich, to tzw. białe herbaty pąkowe, nie zawierające w ogóle rozwiniętych liści. Występują również białe herbaty liściowe, które wytwarzane są z pędów o jednym pąku i 2-3 rozwiniętych liściach. Zawiera dużo witaminy C oraz kofeiny, przez co pobudza w równym stopniu co kawa i wspomaga koncentrację (jest ona idealna dla osób pracujących ciężko umysłowo). Dzięki silnym właściwościom antyoksydacyjnym i antymutagennym zmniejsza występowania zmian nowotworowych, a dzięki polifenolom chroni organizm przed atakiem wolnych rodników, które są odpowiedzialne za starzenie się organizmu (i stąd przydomek 'eliksir młodości').
Żółta, nazywana również 'cesarską', jest trudno dostępna w Polsce i Europie. Produkuje się ją wyłącznie w Chinach i w małych ilościach. Napar jest koloru bladożółtego, o świeżym, przyjemnym smaku, z prawie niewyczuwalną goryczką o delikatnym aromacie. Charakterystyczne jest to, że napar żółtej herbaty odbija się od ścianki porcelanowej filiżanki lub spodka bladoróżową barwą. Po tej właściwości łatwo jest odróżnić prawdziwą żółtą herbatę. Według stopnia dojrzałości dzieli się je na pąkowe, drobnoliściowe i liściowe. Żółta herbata przywraca siły witalne, wpływa znakomicie na układ trawienny oraz usuwa szkodliwe substancje z organizmu.
Zielona, jest najstarszą ze wszystkich herbat, ma ponad 5000 lat! Najpopularniejsza jest w krajach Azjatyckich, głównie w Japonii i Chinach. Napar ma słomkowy i zielonożłółty, bardzo aromatyczny i delikatny, ziołowy, gorzkawo-słodki smak.Zielona herbata jest kopalnią zdrowia: jest bogata w liczne związki garbnikowe, witaminy (C, E, B1, B2, B5, PP i K) i jest bardzo urodzajna mineralnie (wapń, magnez, żelazo, sód, fosfor, miedź, fluor, mangan, krzem i jod), chroni przed zawałem serca, stymuluje krążenie i ciśnienie krwi, działa przeciwko kamieniom wątrobowym, nerkowym i w pęcherzu moczowym, łagodzi dolegliwości reumatyczne jak również chroni organizm przed nim, obniża cholesterol, działa przeciwbakteryjnie przez co dobrze wpływa na choroby wywołane wirusami, jest najbogatszym źródłem fluoru co wpływa korzystnie na stan naszych kości i uzębienia, jak również chroni przed próchnicą, reguluje wydzielanie żółci oraz pobudza trawienie, likwiduje wolne rodniki co spowalnia starzenie się organizmu, aktywne związki katechiny i tanity wykazują działanie antyrakowe i antymutagenne, posiada właściwości przeciwutleniające. Bardzo szybko pobudza i działa dłużej niż kawa.
Czerwona, gdzie prym wiedzie fermentowana bardzo powoli chińska Pu-Erh, ma około 2000 lat. Amerykanie nazywają Pu-Erh "niszczycielem tłuszczu". Badania prowadzone z kolei w paryskiej klinice niezbicie dowodzą, że 88% pacjentów pijących regularnie tę herbatę w ciągu miesiąca straciło 3,2-10,8 kg. Interesujące jest to, że utrata wagi nastąpiła przy normalnym sposobie odżywiania. Zawiera ona witaminę C, liczne garbniki, alkaloidy, flawonoidy oraz minerały (wapń, magnez, cynk, mangan, miedź, selen). Posada właściwości przeciwutleniające. Jednak, dla mnie - kawoholiczki, jest minusem, że zawiera bardzo małe ilości kofeiny. Badania prowadzone na uniwersytetach we Freiburgu i Heidelbergu oraz w Paryżu dowodzą, że Pu-Erh wspomaga pracę wątroby, obniża poziom cholesterolu, oczyszcza organizm, pobudza procesy trawienne, skutecznie walczy z nadwagą, łagodzi skutki spożycia alkoholu, wzmacnia organizm.
Rooibos, jest to bardzo zdrowy, podobny do herbaty napój z liści drzewa Rooibos. Charakteryzuje się szczególną delikatnością w smaku i zapachu. Nie zawiera kofeiny, stąd zaleca się ją szczególnie w przypadku rozdrażnień, zaburzeń snu, podwyższonego ciśnienia jak również likwiduje problemy związane z dolegliwościami żołądka i trawieniem. Łagodzi objawy alergii: kataru siennego, astmy i egzemy oraz stymuluje pracę gruczołów mlecznych. Rooibos jest też bogatym źródłem minerałów niezbędnych w żelazo, potas, miedź, wapno, mangan, fluor, cynk i magnez. Polecam ją przed snem, gdyś bardzo uspokaja i bardzo szybko się po niej zasypia.
Czarna, jest tak naprawdę odmianą herbaty zielonej. Otrzymuje się ją z prawie każdego rodzaju herbaty zielonej poprzez poddanie jej procesowi pełnej fermentacji, która powoduje zmianę zabarwienia listków na brązowo. Jednoczesnej przemianie ulegają wszystkie składniki herbaty. Fermentacja powoduje, że garbniki zamieniają się w związki aromatyczne, zmniejsza się udział witaminy C oraz niektórych związków mineralnych. W Chinach herbatę czarną, którą my Europejczycy znamy, nazywa się herbatą czerwoną ze względu na kolor naparu, który jest zawsze czerwonopomarańczowy.
Oolong, inaczej 'smocza herbata', w Polsce określana jest jako czerwona. Herbaty te są znane ze swego drzewnego aromatu, łagodnego, owocowego smaku. Mają też wyjątkowy zapach. Mówi się, że w imbryku przyjmują postać smoka, stąd nazywa się je "smoczymi herbatami". W Archives of Internal Medicine opublikowano wyniki najnowszych badań, według których codzienne spożycie nawet połowy filiżanki zielonej herbaty lub typu oolong może zmniejszać ryzyko wystąpienia nadciśnienia tętniczego nawet o 50%. Oolongi mają niską zawartość kofeiny, dzięki czemu nawet po wieczornym wypiciu oolonga, nie powinno być problemów z zaśnięciem. Uważana jest za jedną z najlepszych herbat w Chinach.

Warto też wspomnieć o Yerba Mate, zwanej często 'napojem Bogów', która jest bogatym źródłem witamin (B1, B2, B3, B5, B6, B9, B12, C), makroelementów (magnez, potas, wapń, fosfor, sód) jak i mikroelementów (żelazo, cynk). Yerba Mate to nazwa napoju, otrzymywanego z wysuszonych liści i łodyg ostrokrzewu paragwajskiego (Ilex paraguariensis). Podnosi sprawność fizyczną i intelektualną, zwiększa żywotność i energię, polepsza zdolność koncentracji, rozjaśnia umysł, powoduje rozluźnienie i jest wspaniałym naturalnym środkiem pobudzającym ciało i umysł. Yerba mate dzięki zawartości pochodnych ksantyn (kofeina, teobromina, teofylina) z powodzeniem zastępuje kawę i w przeciwieństwie do niej posiada mniej skutków ubocznych, takich jak bezsenność, czy podenerwowanie, zwiększa odporność organizmu, reguluje przemianę amterii, ułatwia trawienie pokarmów, odbudowuje zniszczone tkanki żołądka i jelit, likwiduje poddenerwowanie i stymujule osłabiony system nerwowy. Działa również korzystnie podczas odchudzania, gdyż pijąc ją czujemy się najedzeni - dzieję się to dzięki temu, że Yerba Mate posiada wszystkie potrzebne organizmowi witaminy i minerały.

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do spróbowania nowych, herbacianych smaków, jeżeli oczywiście jeszcze tego nie zrobiliście ;)

czwartek, 3 października 2013

Coś dla sera wielbicieli.

Zapiekanka. Kto nie lubi dużej, kalorycznej wręcz ilości ciągnącego się sera, pysznego makaronu i beszamelu? Zapiekanki makaronowe to chyba jedne z moich ulubionych dań, i nawet są w czołówce na owej liście. Dzisiejsza potrawa ma u mnie dużo konkurentów: zapiekanki warzywne z beszamelem/sosem śmietanowym, lasagne warzywne, cannelloni. To danie, które zaprezentuję, wywodzi się z Ameryki - jest to klasyczna Macaroni&Cheese, łatwa i szybka potrawa, oraz, co jest dużym plusem, nie potrzeba urodzaju składników. Bukiet smaków może i jest ograniczony, ale decydującą zaletą jest tu prostota i szybkość wykonania. Owszem, inne, bardziej skomplikowane i urozmaicone w składniki dania są bogatsze w witaminy i minerały, ale, szczerze mówiąc, to każdy z nas ma czasem moment, gdy chce zjeść szybko i tanio, i przy okazji własnoręcznie to przygotować. Macaroni&Cheese jest doskonałą sugestią na takie dni. Przygotuje ją z zadziwiającą łatwością każde 'beztalencie' kulinarne, a wszelka osobowość, która tego spróbuje, zacznie przygotowywać ją częściej z niecierpliwością na nadchodzącą konsumpcję.
Zapraszam!

(przepis na 4 porcje)

Składniki suche:
- 500 g makaronu (jaki chcecie, lecz najlepiej się sprawdza penne lub większe conchiglie)
- 5 łyżek mąki
- 300 g sera żółtego (jakikolwiek lubicie; można również mieszać rodzaje sera)
- sól, biały pieprz, gałka muszkatołowa do smaku

Składniki mokre:
- 5 łyżek masła
- 500 ml mleka
- 150 ml gęstej śmietany (jaką chcecie; robiłam z każdą śmietaną i wychodziło za każdym razem pyszne)

- masło do wysmarowania formy

Temperatura i czas:
- 200 stopni, 20 minut.

Na wstępie gotujemy makaron na półtwardo (trochę krócej niż al dente) i odcedzamy go. Następnie w małym rondelku na niskim ogniu rozpuszczamy 5 łyżek masła i dodajemy mąkę, mieszając obydwa składniki na zasmażkę. Gdy będzie gotowa wlewamy mleko wymieszane ze śmietaną i ciągle mieszamy. Przygotowanie beszamelu trwa dość długo, nie obawiajcie się, że zaraz po dodaniu mleka ze śmietaną nie gęstnieje wam sos. Gdy nasz beszamel zgęstnieje dodajemy przyprawy. Potem dodajemy doń starty ser, zostawiając garść lub dwie na posypanie potrawy. Do wysmarowanej masłem formy wrzucamy odcedzony makaron i zalewamy ciepłym serowym beszamelem, posypując jeszcze dla podkreślenia serowości dania, pozostawionymi garściami sera. Wkładamy do rozgrzanego piekarnika i co jakiś czas sprawdzamy stan wypieczenia sera, którym posypaliśmy nasze Macaroni&Cheese - gdy będzie już brązowieć na końcówkach, znaczy, że danie jest gotowe :)

Moja mała degresja: Są dwie szkoły robienia beszamelu: delikatnie gotować, oraz nie dopuszczać do zagotowania, nawet najmniejszego. Ja byłam uczona, że nie warto dopuścić do zagotowania go, gdyż może się zważyć śmietana i nam nie wyjdzie. Jeżeli Wam się udaje z gotowaniem, to nie zmieniajcie tego - beszamel jest o tyle chamskim sosem, że nie należy przy nim kombinować, bo lubi nie wychodzić. Dlatego jeżeli macie swoje sposoby na beszamel to trzymajcie się go i nie puszczajcie za żadne skarby, nawet gdyby obiecywali, że szybko, łatwo i bez szwanku wyjdzie.

Pamiętajmy, że małe dzieci lubą roztopiony ser, gdyż kojarzy im się z pizzą. Watro więc zaproponować im taką wersję sera, która jest o niebo zdrowsza od fast food'owej, przepełnionej chemią pizzy (bo doskonale wiemy, że dzieciom tylko taka smakuje, która jest z sieciowej knajpy, a domowa jest fee), i moim zdaniem smaczniejsza :)

Smacznego!

środa, 2 października 2013

Kaszka Manna.

Kaszka manna. Smak chyba dzieciństwa każdego z nas. Delikatne, drobne ziarenka w mlecznej, gęstej zawiesinie. Są różne głosy odnoście zamiłowania w tej potrawie - jedni lubią inni wprost przeciwnie. Ja na przykład bardzo lubię robić sobie ją na śniadanie, szczególnie teraz, gdy rano jest zimno w domu. Gorące mleko nie tylko rozgrzewa, ale również dostarcza witaminy D, która, nie tylko korzystnie wpływa na nasze kości i układ nerwowy, ale również na nasz układ immunologiczny. Uaktywnia ona geny kodujące peptydy przeciwbakteryjne o cechach naturalnych antybiotyków. Mały mankament mleka jest jednak taki, że w rzeczywistości owej witaminy D zawiera niewiele, ale za to mamy równającą poziom zaletę: możemy dzięki temu jeść więcej kaszki mannej :)
Ile ludzi lubujących tę potrawę, tyle pomysłów na dodatki. Ja najczęściej dodaję miód i płatki migdałowe albo banany. Gdy mam więcej czasu to delikatnie je wpierw podprażę, lecz rano nie grzeszę wolnym czasem.
Kaszkę manną kupimy w każdym sklepie wraz ze sposobem jej ugotowania. Lecz jak raz spróbowałam dostosować się do rad producentów, wyszło mi mleko z kaszką, a nie kaszka na mleku. Doradzają oni wsypywać 3 łyżki na 250 ml mleka, a o efekcie wspomniałam przed chwilą. Także postanowiłam tu odnotować idealną, jak dla mnie, kaszkę manną. Let's go!

(przepis na jedną porcję)

Potrzebować będziemy:
- 250 ml mleka + odrobinkę
- 4-5 łyżek kaszki
- łyżeczka miodu
- płatki migdałów

250 ml mleka wlewamy do garnka i stawiamy na delikatnym ogniu. Gdy mleko się podgrzewa, do szklanki wsypujemy kaszkę i zalewamy ją mlekiem, by przykryło ziarna. Podczas gdy mleko w garnku zaczyna do nas mrugać, dodajemy do niego naszą kaszkę z mlekiem i zaczynamy mieszać. Gdy nasza mleczna zupa będzie już bardzo gęsta, zdejmujemy z ognia i wlewamy do miski. Dodajemy miód, posypujemy płatkami migdałowymi i mieszamy. Następnie siadamy wygodnie i delektujemy się naszym przysmakiem :)

Mała rada: Przed nalaniem mleka do rondelka, warto go przepłukać zimną wodą. Nie przypalimy dzięki temu mleka oraz później naszej kaszki mannej.
Nie pozostaje mi nic innego, niż życzyć Wam smacznego!

wtorek, 1 października 2013

A może... Pizza?

Dzisiaj mam smaka na pizzę. Potrawa włoska, której pierwowzorem były płaskie chleby posmarowane oliwą, czosnkiem i posypane ziołami, jadane w starożytnej Grecji.
Teraz pizzę się często nazywa "potrawą do czyszczenia lodówki", gdyż każdy składnik idealnie się nadaje do niej. Moja pizza będzie dość nietypowa. Zamiast sosu pomidorowego na bazie, będzie sos czosnkowy, który przy tej porze roku, i przy obecnych wahaniach temperatur i anomaliach pogodowych, wpłynie pozytywnie na naszą odporność. Zaczynamy!


Dodaję przepis na 2 placki po ok. 30 cm średnicy, bez problemu można składniki o pół zmniejszyć i wyjdzie jeden placek.

Składniki suche:
- 500 g mąki pszennej
- płaska łyżeczka soli
- pół łyżeczki cukru
- 40 g drożdży świeżych

Składniki mokre:
- 250 ml wody letniej
- 2 łyżeczki oliwy

Dodatki: (wedle uznania; moje ulubione to:)
- brokuły
- pieczarki

- kukurydza
- cebula
- papryka
- duuuużo sera

Sos: (robimy 'na oko')
- majonez
- śmietana 18%
- 2 ząbki czosnku
- sól, pieprz, zioła do smaku

Temperatura i czas:
- 200 stopni, 20 minut (zależy od grubości ciasta, należy sprawdzać co jakiś czas)

Drożdże rozpuścić w wodzie z cukrem i 4 łyżkami mąki, przykryć i podstawić na 15 minut. UWAGA!! Naczynie do rozpuszczania powinno być duże, gdyż przez te 15 minut, wytrąca się zawiesina 4-5 razy większa niż objętość cieczy. Następnie Do mąki z solą dodać ciecz drożdżową i zagnieść mięciutkie ciasto. (powinno sprawiać wrażenie,jakby rosło w dłoniach; jak będzie za twarde należy dodać odrobinę ciepłej wody). Do pulchnego ciasta wlać oliwę i ponownie zagnieść.
Podzielić na 2 kulki i starannie je rozwałkować na placki (grube, cienkie - od Was zależy; pamiętajcie tylko o czasie pieczenia). Ułożyć na blachach wyłożonymi papierem do pieczenia i posmarowanymi cienką warstwą oleju/oliwy. Posmarować sosem, dodać składniki i pozostawić na 30 minut w ciepłym miejscu do wyrośnięcia (w tym momencie warto włączyć piekarnik). Wkładamy do piekarnika i sprawdzamy stan wypieczenia pod koniec czasu.

Delikatna rada: Jeżeli chcecie urozmaicić życie kubkom smakowym i doświadczyć czegoś nowego, ciekawym sposobem na jakże nudne i grube ranty pizzy jest zawinąć w nie kawałki sera żółtego. Tym sposobem brzegi będą ciekawym i ciągnącym się zakończeniem naszej pysznej pizzy ;)

Smacznego!


piątek, 27 września 2013

O kawie słów parę.

Kawa jest moją życiodajną miksturą od dawna. Bez przynajmniej kubka kawy dziennie lepiej do mnie bez kija nie podchodzić, gdyż jestem nerwowa. Ale czy wszyscy wiedzą skąd pochodzi i jakie są jej gatunki?


Kawa dzieli się na czarną (ziarna palone) i zieloną (niepalone) i pochodzi z okolic obecnej Etiopii. Odkrycie jej nie jest do końca znane. Z jednej wersji dowiadujemy się, że kawę odkryły kozy, podczas wyprowadzania na pastwisko. Zjadały one owoce drzewa kawowego i ich pasterz zauważył, że po spożyciu ziaren są bardziej ożywione. Pasterz też spróbował i odkrył, ze ziarna go pobudziły i zmęczenie go opuściło. Z drugiej strony atakuje nas wierzenie, że Etiopscy mnisi parzyli sobie czerwone owoce by móc spędzić nocne długie godziny na modlitwach.
Lecz na pewno wiemy, że owoce kawowca były spożywane w ramach potrzeby i to również sporadycznie, a uprawianie kawowych drzew rozpoczęło się w V lub VI wieku n.e. Gorący napój zaczęto podawać dopiero w średniowieczu. Nie wiadomym jest również jak wymyślono palenie kawy, ale ktokolwiek na to wpadł, cała rzesza kawoholików jest mu wdzięczna.
Ciekawostką też jest, że chrześcijanie zabraniali pić swoim wyznawcom kawę aż do XVI wieku. Do tego czasu kawę uznawano za napój Szatana. Rozstrzygnął to dopiero papież Klemens VIII. Kubki smakowe papieża tak bardzo zalubowały się w kawie, że musiał uznać, iż "Szatana trzeba wypędzić, a kawę uczynić napojem chrześcijan."


W zasadzie są tylko dwa gatunki kawy: Arabica i Robusta, które się dzielą na różne rodzaje w zależności od wyglądu, wielkości i aromatu.
Arabica jest najpopularniejszą i najlepszą odmianą tego cudownego naparu. Została odkryta w Jemenie i tam jest do tego czasu hodowana w najwyższych partiach gór.
Robusta została odkryta w XIX wieku, rośnie szybciej od Arabici i wcześniej owocuje. Jest gorsza w smaku od klasyku, lecz jest odporna na zmiany klimatu i szkodniki.

Watro tu wspomnieć o Kopi Luvark - najdroższej kawie na świecie. Lecz nie będę tu wdawać się w szczegóły jej otrzymywania, gdyż mogłoby to zniesmaczyć niektórych z Was, więc tylko polecam poczytać o niej.


Parzenie kawy również jest różne. W Etiopii, na przykład, jest cały rytuał parzenia jej oraz specjalne stroje do całej ceremonii nazywane Netelą.
Kawa po turecku to nic innego jak bardzo drobno zmielona kawa z cukrem wsypana do trygielka, zalana zimną wodą i wstawiona na ogień, ale nie dopuszczona do gotowania. Przed nalaniem do filiżanek dodaje się odrobinę zimnej wody by fusy opadły na dno. Dla wzbogacenia smaku warto dodać cynamon lub kardamon.
Kawa moka polega na napełnieniu dolnej części specjalnego czajniczka zimną wodą. Nad nią znajduje się sitko ze zmieloną kawą a nad nim specjalny pojemnik na napar. Gotująca się woda przechodzi przez sitko dzięki ciśnieniu a my wylewamy do filiżanki gotowy, pyszny napar.
Kawę w filtrze zalewamy gorącą wodą i mamy gotową kawę. Jest to najszybszy sposób parzenia kawy mielonej by nie było fusów w szklance.
Ekspres przelewowy działa wodą na zmieloną kawę znajdującą się w filtrze. Utrzymuje on stałą temperaturę kawy dzięki podgrzewaczowi wbudowanemu w urządzenie, lecz pamiętajmy, że kawa ta nie powinna stać długo, gdyż traci swój aromat.
Ekspres ciśnieniowy służy do przyrządzania wyłącznie espresso. Porządne ekspresy mielą kawę, ugniatają, zalewają wodą o odpowiedniej temperaturze (około 90 stopni) i przelewają przez zaporę kawową, otrzymując tym sposobem aromatyczny napój Bogów.


Lekkie wskazówki:
- Nie mielić na zapas - kawa zmielona traci aromat po godzinie. Najlepiej mielić tuż przed przyrządzeniem. Jeżeli się zdarzyło, że zmieliliście za dużo, biegnijcie po próżniowy pojemnik i od razu kawę tam ładujcie.
- Kawa w ziarnach jest o niebo lepsza od mielonej, więc warto ją kupować. Nie musicie również kupować od razu ekspresu do kawy - możecie ją parzyć za pomocą filtra, a mielniki do kawy to mały wydatek w porównaniu do zadowolenia kubków smakowych. Trzyma ona również dłużej świeżość - 2 tygodnie.
- Metalowe pojemniki psują smak kawy, więc najlepiej przechowywać ją w fabrycznych opakowaniach, tudzież jak wspomniałam wcześniej, próżniowych pojemnikach.
- Kawa nie idzie w parze z wrzątkiem. Idealna temperatura to 90 stopni do parzenia jej. Wyższa niszczy cały smak.

Mam nadzieję, że ta wiedza, co prawda nie pełna, ale najważniejsza, dała Wam trochę nowych wiadomości i nakłoniła do spróbowania różnych form tego cudownego naparu. A tym czasem (siorb) ja i moja czarna, bez cukru kawa życzymy Wam miłego Weekendu!

czwartek, 26 września 2013

Totalny Sajgon!

Sajgonki. Wszyscy wiemy, że ojczyzną tego pysznego dania są Chiny. Spożywamy je na różny sposób: na zimno, pieczone, smażone, z dipami, sosami. Jako dodatki do dań, przekąski oraz jako danie główne. Ja najbardziej preferuję te pieczone, ze złocistą, chrupiącą skórką papieru ryżowego. Dlaczego pieczone? Otóż dlatego, że tłuszcz, na którym się je głęboko smaży, nie dominuje cudownego połączenia smaków i czujemy je, rozkoszując się nimi od pierwszego gryza do ostatniego. Tłuszcz ma tutaj zastosowanie podczas smarowania cienką warstwą wierzchu sajgonki dla uzyskania chrupiącej powłoczki.
Sajgonki są bardzo wszechstronne z racji faktu, że do wnętrza możemy dodać nasze ulubione składniki (jeżeli dodajemy mięso pamiętajmy o ówczesnym podsmażeniu go, gdyż nie dojdzie do siebie podczas pieczenia). Ryż, makaron, warzywa, owoce - w papier ryżowy można zawinąć dosłownie wszystko. Ważne, by smakowo razem ze sobą współgrało. Moimi ulubionymi składnikami są marchewki, pieczarki, makaron sojowy, por, papryka. Przyprawą, bez której nie mogę się obejść przy robieniu ich (chociaż wiem, ze to małe faux pas kulinarne) jest curry. Nadaje ono swoistego charakteru, smaku no i oczywiście zapachu, który wielbię.
Moje sajgonki będą miały małą niespodziankę estetyczno-smakową. Zapraszam!

(wykorzystałam 17 sztuk papieru ryżowego)

Jak już wspomniałam wcześniej, można do nich dodać wszystko. Ja dodałam:
- 1 dużą cebulę
- 3/4 dużej papryki
- 1.5 marchewki
- małą puszkę kiełków (świeżych nie mogłam znaleźć)
- małe opakowanie makaronu ryżowego

- 2 pieczarki
- curry, pieprz, sos sojowy do smaku

Temperatura i czas: 200 stopni, 20-30 minut (w zależności od Waszego gustu, czy chcecie mieć bardziej chrupiące czy mniej)


Pokroiłam warzywa i dodawałam na patelnię w kolejności: cebula, marchewka, papryka, kiełki. Podsmażyłam dla zmiękczenia wraz z sosem sojowym. Następnie zaczęłam się zabierać do przygotowania makaronu (zagotowałam wodę, zdjęłam z gazu i włożyłam go na 3,4 minuty, odcedziłam). Gdy makaron stał z boku dodałam pieczarki i wymieszałam z warzywami. Po paru minutach dodałam makaron i doprawiłam wszystko curry i pieprzem.
UWAGA! Sos sojowy jest już słony, nie zalecam dodawania soli gdy już jest owy sos.
Potem papier ryżowy moczyłam w wodzie (by można było w niego zawinąć nadzienie) i nakładałam cały farsz. Można zawijać jak kto lubi : w tubki, kwadraty, trójkąty. To już od was zależy. Do nagrzanego piekarnika włożyłam sajgonki lekko posmarowane olejem, na ówcześnie przygotowanej blasze (papier do pieczenia + cienka warstwa oleju/oliwy, by nie przywarły sajgonki)

Polecam podawać ze słodkimi sosami. :)

Moja niespodzianka: Posypałam przed pieczeniem sezamem. Nadało to miłego akcentu, za który kubki smakowe się z pewnością nie obraziły.
I voila! Smacznego!

P.S. Wybaczcie moje zawijanie, nobody is perfect, prawda? A w rollowaniu się nie odnajdę jeszcze przez dłuugi, dłuugi czas.

środa, 25 września 2013

Czas na Pancakes!

Naleśniki. Co kraj to różne sposoby ich przyrządzania. Tradycyjne austriackie 'Kaiserschmarrn' to porwane na kawałeczki ciasto posypane cukrem pudrem lub polane słodkim sosem albo konfiturami; w Rosji nazywają się 'Bliny', mają okrągły kształt, najczęściej podawane są ze śmietaną, można je również jeść na słodko lub bardziej wykwintnie: z kawiorem lub łososiem; We Francji nazywają je 'Crepes' i są to cienkie placki z mąki pszennej (najbardziej znanym francuskim naleśnikiem jest Crepe Suzette - wykwintny deser z likierem pomarańczowym); w Indii nazywają się one 'Dosa'  i zazwyczaj są dodatkiem do innych dań, rzadziej jada się je na śniadanie i kolację. W Polsce wiadomo - od naleśników na słodko po krokiety przez owoce w cieście naleśnikowym i wiele, wiele więcej. Spodziewam się, że gdybym wyszła na miasto i zapytała się, kto lubi naleśniki, każdy z ankietowanych odpowiedziałby twierdząco. A co, gdyby zwykłe, płaskie naleśniki zastąpić puszystymi niczym chmurka, grubymi pancakes? Za Oceanem są one obowiązkowym śniadaniem każdego Amerykanina. Sycące, dostarczające dużo energii rano są idealne na poranne danie startowe. Lecimy!

(wystarczy na 8-10 sztuk)


Składniki suche:
- 1 i 1/4 szklanki mąki
- 1/4 szklanki cukru pudru
- 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody
- szczypta soli

Składniki mokre:

- 1 jajko
- 1 i 1/4 szklanki maślanki
- 1/4 szklanki oliwy

Do roboty tutaj dużo nie będzie, dzięki czemu oszczędzamy czas przygotowując je rano. 


Wszystko wrzucamy/wlewamy do miski i miksujemy na gładką masę konsystencji jogurtu. Gdy ciasto jest gotowe rozgrzewamy patelnię (już nie dodajemy tłuszczu do smażenia - jest on w cieście) i nalewamy po małych porcjach, by naleśnik miał ok. 10 cm średnicy.Nie musimy nawet machać patelnią by naleśnik się rozlał w okrąg. Wystarczy, ze łyżką będziemy nalewać w jedno miejsce ciasto, a naleśnik sam się uformuje. Podczas smażenia pierwszej strony będą się pojawiać małe pęcherzyki powietrza - nie bójcie się. Są one normalne. Sprawdzajcie stan wysmażenia - nie jestem w stanie określić ile jedną stronę smażyć, każda patelnia inaczej smaży itp. więc powiem, że musi być złocisty kolor :)

OBOWIĄZKOWO polewamy syropem klonowym. Wtedy nasze kubki smakowe będą przezywały swoje własne niebo. Idealnymi dodatkami również są sezonowe owoce, rozpuszczona czekolada w kąpieli wodnej tudzież Nutella. Dla małych niejadków polecam wkroić banana i/lub jabłko do ciasta i smażyć oraz posypać cukrem pudrem lub polać syropem klonowym. Można również wykorzystać silikonowe foremki do smażenia w różnych, ciekawych kształtach by nasz niejadek był bardziej skory do jedzenia :)

Smacznego!

wtorek, 24 września 2013

Muffinowa baza.


Jesień. Jeszcze nie rozwinęła swoich pomarańczowo-czerwonych skrzydeł, ale ja już czuję, że tegoroczna będzie wspaniała. Nie mogę się już doczekać zapachów wydobywających się z kuchni: Gorącej kawy z cynamonem, herbaty z imbirem (najlepiej zielonej) no i oczywiście świeżo upieczonych słodkości. Kruche ciasteczka kojarzą mi się z Bożym Narodzeniem, także o nich jeszcze wspomnę przy nadchodzącej okazji. Ale, ale. Jesień to także pyszne muffiny, puszyste, z mnóstwem dodatków. Mam wspaniałą bazę na ciemne muffinki, która zawsze wychodzi (no, chyba że ktoś wybitnie nie chce by wyszły, to może mu się uda).
Geneza tych pysznych, małych słodkości nie jest znana, lecz uważa się, iż przy ich powstaniu mieli sporo wspólnego Amerykanie i Anglicy. Więc bądźmy, mylnie lub prawidłowo, im wdzięczni za te cuda, a tym czasem... Zaczynamy!

(
wystarczy na 12 sztuk).

Składniki suche:
- 2 szklanki mąki
- cukier waniliowy

- 3/4 szklanki cukru
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- pół łyżeczki sody

- 3 łyżki kakao

Składniki mokre:
- 3/4 szklanki mleka

- 2 jajka
- 150g masła (Roślinne najlepsze)

Temperatura i czas:
- 190* ; 20-25 minut.



Masło rozpuszczamy (w kąpieli wodnej, mikrofalówce - jak chcecie) i odstawiamy do ostudzenia. Suche składniki mieszamy w misce do połączenia. Gdy masło już jest letnie dodajemy doń mleko z roztrzepanymi jajkami (w mleku) i mieszamy. Następnie dodajemy do suchych składników i mieszamy (ale NIE mikserem. Łyżką stołową, łopatką cukierniczą, czymkolwiek, ale nie mikserem. Ma to być wymieszane do połączenia się składników podczas czego wtłacza się powietrza ile się da, by były one puszyste, a mikser raczej tego nie zrobi). Nakładamy do papilotek (tudzież do wysmarowanej masłem formy; ja preferuję papiloty, i pod względem estetycznym oraz łatwiej wyjąć muffiny i wyczyścić formę) prawie do końca, zostawiając trochę miejsca. Wkładamy do nagrzanego piekarnik i pieczemy sprawdzając patyczniem do szaszłyków stan upieczenia pod koniec miedzy 20 a 25 minutą pieczenia. Wyciągamy jak uznamy za stosowne ;)

Jak powiedziałam, te muffinki zawsze się udają. Można do nich dodać co się chce (ja siekam czekoladę i orzechy i dodaję). Jak chcemy coś dodać ekstra to po wymieszaniu suchych z mokrymi składnikami wrzucamy nasze ulubione dodatki. Dla spożywających muffiny na ciepło polecam włożyć do każdej sztuki po dużej kostce czekolady. Wtedy nasze gorące muffiny wyglądają jak Fundantsy czekoladowe, tylko w trochę łatwiejszej wersji ;)

Smacznego!