piątek, 27 września 2013

O kawie słów parę.

Kawa jest moją życiodajną miksturą od dawna. Bez przynajmniej kubka kawy dziennie lepiej do mnie bez kija nie podchodzić, gdyż jestem nerwowa. Ale czy wszyscy wiedzą skąd pochodzi i jakie są jej gatunki?


Kawa dzieli się na czarną (ziarna palone) i zieloną (niepalone) i pochodzi z okolic obecnej Etiopii. Odkrycie jej nie jest do końca znane. Z jednej wersji dowiadujemy się, że kawę odkryły kozy, podczas wyprowadzania na pastwisko. Zjadały one owoce drzewa kawowego i ich pasterz zauważył, że po spożyciu ziaren są bardziej ożywione. Pasterz też spróbował i odkrył, ze ziarna go pobudziły i zmęczenie go opuściło. Z drugiej strony atakuje nas wierzenie, że Etiopscy mnisi parzyli sobie czerwone owoce by móc spędzić nocne długie godziny na modlitwach.
Lecz na pewno wiemy, że owoce kawowca były spożywane w ramach potrzeby i to również sporadycznie, a uprawianie kawowych drzew rozpoczęło się w V lub VI wieku n.e. Gorący napój zaczęto podawać dopiero w średniowieczu. Nie wiadomym jest również jak wymyślono palenie kawy, ale ktokolwiek na to wpadł, cała rzesza kawoholików jest mu wdzięczna.
Ciekawostką też jest, że chrześcijanie zabraniali pić swoim wyznawcom kawę aż do XVI wieku. Do tego czasu kawę uznawano za napój Szatana. Rozstrzygnął to dopiero papież Klemens VIII. Kubki smakowe papieża tak bardzo zalubowały się w kawie, że musiał uznać, iż "Szatana trzeba wypędzić, a kawę uczynić napojem chrześcijan."


W zasadzie są tylko dwa gatunki kawy: Arabica i Robusta, które się dzielą na różne rodzaje w zależności od wyglądu, wielkości i aromatu.
Arabica jest najpopularniejszą i najlepszą odmianą tego cudownego naparu. Została odkryta w Jemenie i tam jest do tego czasu hodowana w najwyższych partiach gór.
Robusta została odkryta w XIX wieku, rośnie szybciej od Arabici i wcześniej owocuje. Jest gorsza w smaku od klasyku, lecz jest odporna na zmiany klimatu i szkodniki.

Watro tu wspomnieć o Kopi Luvark - najdroższej kawie na świecie. Lecz nie będę tu wdawać się w szczegóły jej otrzymywania, gdyż mogłoby to zniesmaczyć niektórych z Was, więc tylko polecam poczytać o niej.


Parzenie kawy również jest różne. W Etiopii, na przykład, jest cały rytuał parzenia jej oraz specjalne stroje do całej ceremonii nazywane Netelą.
Kawa po turecku to nic innego jak bardzo drobno zmielona kawa z cukrem wsypana do trygielka, zalana zimną wodą i wstawiona na ogień, ale nie dopuszczona do gotowania. Przed nalaniem do filiżanek dodaje się odrobinę zimnej wody by fusy opadły na dno. Dla wzbogacenia smaku warto dodać cynamon lub kardamon.
Kawa moka polega na napełnieniu dolnej części specjalnego czajniczka zimną wodą. Nad nią znajduje się sitko ze zmieloną kawą a nad nim specjalny pojemnik na napar. Gotująca się woda przechodzi przez sitko dzięki ciśnieniu a my wylewamy do filiżanki gotowy, pyszny napar.
Kawę w filtrze zalewamy gorącą wodą i mamy gotową kawę. Jest to najszybszy sposób parzenia kawy mielonej by nie było fusów w szklance.
Ekspres przelewowy działa wodą na zmieloną kawę znajdującą się w filtrze. Utrzymuje on stałą temperaturę kawy dzięki podgrzewaczowi wbudowanemu w urządzenie, lecz pamiętajmy, że kawa ta nie powinna stać długo, gdyż traci swój aromat.
Ekspres ciśnieniowy służy do przyrządzania wyłącznie espresso. Porządne ekspresy mielą kawę, ugniatają, zalewają wodą o odpowiedniej temperaturze (około 90 stopni) i przelewają przez zaporę kawową, otrzymując tym sposobem aromatyczny napój Bogów.


Lekkie wskazówki:
- Nie mielić na zapas - kawa zmielona traci aromat po godzinie. Najlepiej mielić tuż przed przyrządzeniem. Jeżeli się zdarzyło, że zmieliliście za dużo, biegnijcie po próżniowy pojemnik i od razu kawę tam ładujcie.
- Kawa w ziarnach jest o niebo lepsza od mielonej, więc warto ją kupować. Nie musicie również kupować od razu ekspresu do kawy - możecie ją parzyć za pomocą filtra, a mielniki do kawy to mały wydatek w porównaniu do zadowolenia kubków smakowych. Trzyma ona również dłużej świeżość - 2 tygodnie.
- Metalowe pojemniki psują smak kawy, więc najlepiej przechowywać ją w fabrycznych opakowaniach, tudzież jak wspomniałam wcześniej, próżniowych pojemnikach.
- Kawa nie idzie w parze z wrzątkiem. Idealna temperatura to 90 stopni do parzenia jej. Wyższa niszczy cały smak.

Mam nadzieję, że ta wiedza, co prawda nie pełna, ale najważniejsza, dała Wam trochę nowych wiadomości i nakłoniła do spróbowania różnych form tego cudownego naparu. A tym czasem (siorb) ja i moja czarna, bez cukru kawa życzymy Wam miłego Weekendu!

czwartek, 26 września 2013

Totalny Sajgon!

Sajgonki. Wszyscy wiemy, że ojczyzną tego pysznego dania są Chiny. Spożywamy je na różny sposób: na zimno, pieczone, smażone, z dipami, sosami. Jako dodatki do dań, przekąski oraz jako danie główne. Ja najbardziej preferuję te pieczone, ze złocistą, chrupiącą skórką papieru ryżowego. Dlaczego pieczone? Otóż dlatego, że tłuszcz, na którym się je głęboko smaży, nie dominuje cudownego połączenia smaków i czujemy je, rozkoszując się nimi od pierwszego gryza do ostatniego. Tłuszcz ma tutaj zastosowanie podczas smarowania cienką warstwą wierzchu sajgonki dla uzyskania chrupiącej powłoczki.
Sajgonki są bardzo wszechstronne z racji faktu, że do wnętrza możemy dodać nasze ulubione składniki (jeżeli dodajemy mięso pamiętajmy o ówczesnym podsmażeniu go, gdyż nie dojdzie do siebie podczas pieczenia). Ryż, makaron, warzywa, owoce - w papier ryżowy można zawinąć dosłownie wszystko. Ważne, by smakowo razem ze sobą współgrało. Moimi ulubionymi składnikami są marchewki, pieczarki, makaron sojowy, por, papryka. Przyprawą, bez której nie mogę się obejść przy robieniu ich (chociaż wiem, ze to małe faux pas kulinarne) jest curry. Nadaje ono swoistego charakteru, smaku no i oczywiście zapachu, który wielbię.
Moje sajgonki będą miały małą niespodziankę estetyczno-smakową. Zapraszam!

(wykorzystałam 17 sztuk papieru ryżowego)

Jak już wspomniałam wcześniej, można do nich dodać wszystko. Ja dodałam:
- 1 dużą cebulę
- 3/4 dużej papryki
- 1.5 marchewki
- małą puszkę kiełków (świeżych nie mogłam znaleźć)
- małe opakowanie makaronu ryżowego

- 2 pieczarki
- curry, pieprz, sos sojowy do smaku

Temperatura i czas: 200 stopni, 20-30 minut (w zależności od Waszego gustu, czy chcecie mieć bardziej chrupiące czy mniej)


Pokroiłam warzywa i dodawałam na patelnię w kolejności: cebula, marchewka, papryka, kiełki. Podsmażyłam dla zmiękczenia wraz z sosem sojowym. Następnie zaczęłam się zabierać do przygotowania makaronu (zagotowałam wodę, zdjęłam z gazu i włożyłam go na 3,4 minuty, odcedziłam). Gdy makaron stał z boku dodałam pieczarki i wymieszałam z warzywami. Po paru minutach dodałam makaron i doprawiłam wszystko curry i pieprzem.
UWAGA! Sos sojowy jest już słony, nie zalecam dodawania soli gdy już jest owy sos.
Potem papier ryżowy moczyłam w wodzie (by można było w niego zawinąć nadzienie) i nakładałam cały farsz. Można zawijać jak kto lubi : w tubki, kwadraty, trójkąty. To już od was zależy. Do nagrzanego piekarnika włożyłam sajgonki lekko posmarowane olejem, na ówcześnie przygotowanej blasze (papier do pieczenia + cienka warstwa oleju/oliwy, by nie przywarły sajgonki)

Polecam podawać ze słodkimi sosami. :)

Moja niespodzianka: Posypałam przed pieczeniem sezamem. Nadało to miłego akcentu, za który kubki smakowe się z pewnością nie obraziły.
I voila! Smacznego!

P.S. Wybaczcie moje zawijanie, nobody is perfect, prawda? A w rollowaniu się nie odnajdę jeszcze przez dłuugi, dłuugi czas.

środa, 25 września 2013

Czas na Pancakes!

Naleśniki. Co kraj to różne sposoby ich przyrządzania. Tradycyjne austriackie 'Kaiserschmarrn' to porwane na kawałeczki ciasto posypane cukrem pudrem lub polane słodkim sosem albo konfiturami; w Rosji nazywają się 'Bliny', mają okrągły kształt, najczęściej podawane są ze śmietaną, można je również jeść na słodko lub bardziej wykwintnie: z kawiorem lub łososiem; We Francji nazywają je 'Crepes' i są to cienkie placki z mąki pszennej (najbardziej znanym francuskim naleśnikiem jest Crepe Suzette - wykwintny deser z likierem pomarańczowym); w Indii nazywają się one 'Dosa'  i zazwyczaj są dodatkiem do innych dań, rzadziej jada się je na śniadanie i kolację. W Polsce wiadomo - od naleśników na słodko po krokiety przez owoce w cieście naleśnikowym i wiele, wiele więcej. Spodziewam się, że gdybym wyszła na miasto i zapytała się, kto lubi naleśniki, każdy z ankietowanych odpowiedziałby twierdząco. A co, gdyby zwykłe, płaskie naleśniki zastąpić puszystymi niczym chmurka, grubymi pancakes? Za Oceanem są one obowiązkowym śniadaniem każdego Amerykanina. Sycące, dostarczające dużo energii rano są idealne na poranne danie startowe. Lecimy!

(wystarczy na 8-10 sztuk)


Składniki suche:
- 1 i 1/4 szklanki mąki
- 1/4 szklanki cukru pudru
- 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody
- szczypta soli

Składniki mokre:

- 1 jajko
- 1 i 1/4 szklanki maślanki
- 1/4 szklanki oliwy

Do roboty tutaj dużo nie będzie, dzięki czemu oszczędzamy czas przygotowując je rano. 


Wszystko wrzucamy/wlewamy do miski i miksujemy na gładką masę konsystencji jogurtu. Gdy ciasto jest gotowe rozgrzewamy patelnię (już nie dodajemy tłuszczu do smażenia - jest on w cieście) i nalewamy po małych porcjach, by naleśnik miał ok. 10 cm średnicy.Nie musimy nawet machać patelnią by naleśnik się rozlał w okrąg. Wystarczy, ze łyżką będziemy nalewać w jedno miejsce ciasto, a naleśnik sam się uformuje. Podczas smażenia pierwszej strony będą się pojawiać małe pęcherzyki powietrza - nie bójcie się. Są one normalne. Sprawdzajcie stan wysmażenia - nie jestem w stanie określić ile jedną stronę smażyć, każda patelnia inaczej smaży itp. więc powiem, że musi być złocisty kolor :)

OBOWIĄZKOWO polewamy syropem klonowym. Wtedy nasze kubki smakowe będą przezywały swoje własne niebo. Idealnymi dodatkami również są sezonowe owoce, rozpuszczona czekolada w kąpieli wodnej tudzież Nutella. Dla małych niejadków polecam wkroić banana i/lub jabłko do ciasta i smażyć oraz posypać cukrem pudrem lub polać syropem klonowym. Można również wykorzystać silikonowe foremki do smażenia w różnych, ciekawych kształtach by nasz niejadek był bardziej skory do jedzenia :)

Smacznego!

wtorek, 24 września 2013

Muffinowa baza.


Jesień. Jeszcze nie rozwinęła swoich pomarańczowo-czerwonych skrzydeł, ale ja już czuję, że tegoroczna będzie wspaniała. Nie mogę się już doczekać zapachów wydobywających się z kuchni: Gorącej kawy z cynamonem, herbaty z imbirem (najlepiej zielonej) no i oczywiście świeżo upieczonych słodkości. Kruche ciasteczka kojarzą mi się z Bożym Narodzeniem, także o nich jeszcze wspomnę przy nadchodzącej okazji. Ale, ale. Jesień to także pyszne muffiny, puszyste, z mnóstwem dodatków. Mam wspaniałą bazę na ciemne muffinki, która zawsze wychodzi (no, chyba że ktoś wybitnie nie chce by wyszły, to może mu się uda).
Geneza tych pysznych, małych słodkości nie jest znana, lecz uważa się, iż przy ich powstaniu mieli sporo wspólnego Amerykanie i Anglicy. Więc bądźmy, mylnie lub prawidłowo, im wdzięczni za te cuda, a tym czasem... Zaczynamy!

(
wystarczy na 12 sztuk).

Składniki suche:
- 2 szklanki mąki
- cukier waniliowy

- 3/4 szklanki cukru
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- pół łyżeczki sody

- 3 łyżki kakao

Składniki mokre:
- 3/4 szklanki mleka

- 2 jajka
- 150g masła (Roślinne najlepsze)

Temperatura i czas:
- 190* ; 20-25 minut.



Masło rozpuszczamy (w kąpieli wodnej, mikrofalówce - jak chcecie) i odstawiamy do ostudzenia. Suche składniki mieszamy w misce do połączenia. Gdy masło już jest letnie dodajemy doń mleko z roztrzepanymi jajkami (w mleku) i mieszamy. Następnie dodajemy do suchych składników i mieszamy (ale NIE mikserem. Łyżką stołową, łopatką cukierniczą, czymkolwiek, ale nie mikserem. Ma to być wymieszane do połączenia się składników podczas czego wtłacza się powietrza ile się da, by były one puszyste, a mikser raczej tego nie zrobi). Nakładamy do papilotek (tudzież do wysmarowanej masłem formy; ja preferuję papiloty, i pod względem estetycznym oraz łatwiej wyjąć muffiny i wyczyścić formę) prawie do końca, zostawiając trochę miejsca. Wkładamy do nagrzanego piekarnik i pieczemy sprawdzając patyczniem do szaszłyków stan upieczenia pod koniec miedzy 20 a 25 minutą pieczenia. Wyciągamy jak uznamy za stosowne ;)

Jak powiedziałam, te muffinki zawsze się udają. Można do nich dodać co się chce (ja siekam czekoladę i orzechy i dodaję). Jak chcemy coś dodać ekstra to po wymieszaniu suchych z mokrymi składnikami wrzucamy nasze ulubione dodatki. Dla spożywających muffiny na ciepło polecam włożyć do każdej sztuki po dużej kostce czekolady. Wtedy nasze gorące muffiny wyglądają jak Fundantsy czekoladowe, tylko w trochę łatwiejszej wersji ;)

Smacznego!